top of page
  • Pinterest
  • Czarny LinkedIn Icon

Czy został nam jeszcze świat, którego nie trzeba nieustannie udowadniać?

  • 13 lip
  • 2 minut(y) czytania

Chciałam tylko sprawdzić, czy wydarzyło się coś ważniejszego niż chwila, w której właśnie byłam.


Kilka dni temu złapałam się na tym, że odruchowo sięgnęłam po telefon, zanim zdążyłam naprawdę spojrzeć w niebo.


Nie po to, żeby zrobić zdjęcie. Nawet nie po to, żeby komuś coś wysłać.

To trwało zaledwie kilka sekund.

Wystarczyło jednak, żebym pomyślała, jak łatwo współczesność nauczyła nas odwracać uwagę od własnego życia.

Przez długi czas wydawało mi się, że tęsknimy za mniej perfekcyjnym światem. Za zdjęciami bez filtrów, markami bez wyreżyserowanych kampanii i życiem, które nie wygląda jak starannie zaplanowany projekt.

Dzisiaj myślę, że to nie o perfekcję chodzi.

Perfekcja jest tylko skutkiem.

Prawdziwa zmiana wydarzyła się wtedy, gdy niemal każda chwila zaczęła domagać się świadków.

Kiedy życie stało się czymś, co warto przeżyć dopiero wtedy, gdy można je pokazać.

Kiedy sam proces przestał wystarczać.

Liczy się efekt. Najlepiej natychmiastowy. Najlepiej gotowy do opublikowania.


Media społecznościowe nagradzają gotowe historie.

Marketing nagradza skuteczność.

Algorytmy nagradzają regularność.

Sztuczna inteligencja skraca drogę między pytaniem a odpowiedzią.

A człowiek?

Człowiek od zawsze potrzebował czegoś zupełnie innego.

Potrzebował czasu, żeby zmienić zdanie.

Żeby nie wiedzieć.

Żeby dojrzewać.

Najbardziej brakuje mi dziś właśnie tego prawa.

Prawa do bycia niedokończonym.


Kiedyś większość ważnych przemian odbywała się w ciszy. Ludzie dorastali, uczyli się, popełniali błędy i odnajdywali własny rytm. Nie dlatego, że ich życie było prostsze.

Było po prostu mniej udokumentowane.

Być może wcześniejsze pokolenia również miały dni pełne chaosu. Wątpiły. Myliły się. Zaczynały od początku.

Różnica polega na tym, że nie czuły potrzeby zamieniania każdej z tych chwil w opowieść dla innych.

Nie musiały publikować procesu.

Nie wystarczy już żyć.

Trzeba jeszcze pokazać, że robi się to właściwie.

Dotyczy to ludzi.

Ale także marek.


Przez lata uczyliśmy się, że dobra komunikacja oznacza pełną kontrolę. Wszystko miało być spójne, dopracowane i przewidywalne. Każde słowo, każdy kadr i każda odpowiedź wpisywały się w starannie zaprojektowaną narrację.

Tymczasem świat coraz wyraźniej męczy się tym wygładzeniem.

Nie dlatego, że nagle pokochaliśmy niedoskonałość.

Dlatego, że zaczęliśmy tęsknić za czymś bardziej podstawowym.

Za prawdziwym procesem.

Za możliwością powiedzenia: „Jeszcze nie wiem.”

Za ciszą, która nie wymaga natychmiastowego komentarza.

Za zmianą zdania, która nie jest traktowana jak porażka.

Najbardziej paradoksalne jest to, że nawet autentyczność zdążyła stać się strategią.

Coraz częściej planujemy spontaniczność.

Projektujemy szczerość.

Publikujemy kulisy, które również zostały wcześniej wyreżyserowane.

A przecież autentyczność przestaje być autentyczna w chwili, gdy staje się wyłącznie narzędziem komunikacji.

Myślę, że za kilka lat najsilniejsze marki nie będą wygrywać dlatego, że staną się bardziej dopracowane.

Wygrają te, które odważą się zostawić trochę miejsca na człowieka.

Nie na zaplanowaną autentyczność.

Na prawdziwe człowieczeństwo.

Na niepewność.

Na dojrzewanie.

Na świadomość, że nie wszystko musi zostać opublikowane w chwili, kiedy się wydarza.

Może więc pytanie nie brzmi, czy możemy wrócić do mniej perfekcyjnego świata.

Może warto zapytać o coś innego.

Czy został nam jeszcze świat, którego nie trzeba nieustannie udowadniać?

Być może właśnie tam, w chwilach, których nikt nie sfotografował i których nikt nie opublikował, wciąż czeka życie. Takie, które nie potrzebuje publiczności, żeby było prawdziwe.



Marlena

 
 
 

Komentarze


© 2018 MELON BLANC | Venice | Warsaw

bottom of page